Warto przeczytać:
wersja beta
|
|
Okładka numeru
![]() |
Warto przeczytać:
Felieton Jacka Żakowskiego
![]() Póki ludzie nie mieli w domach telewizorów, Kronika była faktycznie jedynym dostępnym szerszej publiczności ruchomym obrazem rzeczywistego świata. To było fascynujące. Zaczynało się zawsze od jazdy obowiązkowej ? z Towarzyszami, czynami społecznymi, zjazdami, konferencjami, gospodarskimi wizytami, murami pnącymi się do góry, spustami surówek i, oczywiście, wodowaniami statków. Może zabrzmi to dziwnie, a nawet podejrzanie, ale dla mnie nie było to nużące ani nudne. Do dziś płoną mi w oczach wielkie piece i płynąca z nich lawa. Tyle tych pieców widziałem, że czułbym się wśród nich jak u siebie, chociaż w życiu nie byłem w pracującej hucie. A wielkie statki majestatycznie zsuwające się po pochylniach Gdańska czy Szczecina? I te stoczniowe orkiestry, matki chrzestne, szampany na długiej linie pędzące ku dziewiczej burcie, by się o nią rozbić? Zawsze był mały znak zapytania, czy szampan trafi w burtę i czy się o nią rozbije. Bo czasem wzruszona matka chrzestna (a były to żony notabli lub przodownice pracy) jakoś nieszczęśliwie puszczała butelkę i nie trafiała w statek. Albo trafiała pod takim dziwnym kątem, że butelka się ześlizgiwała i zamiast się rozpaść, dyndała w powietrzu. (Swoją drogą, ciekawe, że tam, gdzie w grę wchodziły sprawy naprawdę poważne ? na przykład ludzkie życie ? chrześcijaństwo jakoś komunie nie szkodziło i nawet słowa ?chrzest? oraz ?matka chrzestna? przechodziły przez partyjne gardło.) Szczerze przyznam, że do dziś trochę mi tych stoczniowych chrztów i hutniczych spustów brakuje. Może dlatego, że dawały poczucie ludzkiej mocy i panowania nad potęgą żywiołów. A może dlatego, że przyzwyczaiłem się do ich widoku od dziecka. Zresztą widok po kronikowemu filmowanych przywódców ujętych lekko z dołu, dzięki czemu wydawali się więksi i silniejsi, też jeszcze za mną chodzi. Bo dawał poczucie, że na górze jest moc, dzięki której możemy czuć się bezpieczniejsi. Dzisiejsi filmowani na wprost lub lekko z góry politycy już takiego poczucia nie dają. Kamera została wywyższona, więc na polityków wszyscy patrzymy w góry. A z góry widać raczej kłopot, który nam sprawiają niż opokę, którą powinni stanowić. Jazda obowiązkowa była więc w gruncie rzeczy przyjemna a przynajmniej ciekawa, nawet gdy jej treść (polityczna) bywała paskudna. Ale prawdziwie fascynujące były tak zwane michałki. Na nie się czekało i o nich się później opowiadało znajomym, którzy jakimś trafem przeoczyli kronikę. Bo w finałowych michałkach można było zobaczyć ulice Londynu czy Nowego Jorku, zwierzęta na sawannie, migawki z wielkich koncertów, a nawet pokazy burżuazyjnej mody. Było to trochę lizanie lodów przez szybę, ale w tym przypadku nawet lizanie przez szybę stawało się w jakimś stopniu pożywne. Emocjonalnie minuta ruchomych obrazków ze świata mogła być warta więcej niż dziś trzydniowa podróż do Paryża. To wszystko stanęło mi przed oczami, gdy śledziłem uroczyste obchody 60-lecia Wytwórni Filmów Dokumentalnych. Wytwórnia wyprodukowała bezlik światowej klasy dokumentów i fabuł, za jakimi polskie kino jeszcze dzisiaj tęskni. Ale miała również inną zasługę ? za której owocami tęsknimy może bardziej. Stworzyła w Kronice inteligentny język opowiadania o rzeczywistości. Formalnie identyczny z obowiązującym językiem propagandy, ale warsztatowo zachowujący dystans. Niby entuzjastyczny, jednak w istocie sceptyczny. Oficjalnie niemal bałwochwalczy, a w rzeczywistości zawsze żartobliwy albo nawet prześmiewczy. Szczerze przyznam, że przez ponad 20 lat oglądania Kroniki nigdy nie byłem pewien, kiedy jej autorzy uczłowieczali rzeczywistość, politykę i władzę, a kiedy ją świadomie ośmieszali. Dziś, niestety, na ogół wiem to po pierwszym kadrze filmu czy pierwszym zdaniu tekstu. I czegoś mi brakuje. »
|
|