Éric Rohmer (1920-2010)
Solidnie zapracował na nasz (mój) szacunek. Zostawił po sobie cykl
arcydzielnych filmowych periodów, ?Opowieści z morałem?, filmy o lecie, jesieni, zimie i wiośnie, które są w istocie filmami o wiecznej wiosennej bujności traw. Wewnątrz nas i na zewnątrz


Pierwszy łyk miał znaczenie. Wystarczyło skosztować. ?Moja noc u Maud?, ?Zielony promień?, ?Noce pełni księżyca?, ?Przyjaciel mojej przyjaciółki?, ?Opowieść wiosenna? ? kino Erica Rohmera było jak wino. Wysokogatunkowe.
Tytuły jego filmów wyglądały jak metka meteo. Cztery pory roku: wiosna i zima, jesień, lato. A dookoła noc się stała: u ?Maud? albo na ?Kolanie Klary?. Raptem miesiąc temu otrzymałem w prezencie paczkę z filmami Érika Rohmera. Same klasyki. Moje ulubione. Oglądałem je tym razem nieuważnie, przy okazji czegoś innego, półpisząc, półpatrząc, półsprzątając. Zresztą: znałem to już. Zresztą: uwaga nie była konieczna. Rohmer był detalistą emocji, nie sztukmistrzem formy.
O czym były jego filmy? Traktowały oczywiście o różnych sprawach, ale przede wszystkim były wytrwałym poszukaniem detalu w formie. Rohmerowski ?detal? to najbardziej prozaiczne (czyli w efekcie najważniejsze) tematy: żeby nie być samotnym, żeby kochać, jak najdłużej pozostać szczęśliwym. ?Forma? oznaczała zaś intelektualne, cywilizacyjne albo kulturowe przeszkody, które nieustannie stawały na drodze do spełnienia.
Bohater ?Opowieści letniej? nie był wcale taki, jakim się wydawał, późny romans w ?Jesiennej opowieści? nie miał w sobie nawet grama lekkości bytu, a przypadkowe spotkanie z tak zwaną ?miłością życia?
w ?Opowieści zimowej? nie zapewniało szczęścia. Nie ma bowiem żadnej gwarancji. Rohmer też jej nie dawał. Był za to mądry, wrażliwy
i czuły dla swoich bohaterów: tych wszystkich nieboraków w gęstwinie życia, które nie było niczym szczególnym. To raczej żyćko. Mała skala.
Historia kolana i Klary. Historia fryzjerki i sympatycznej właścicielki winnicy. Bardzo proste historie.
Moja fascynacja jego kinem wynikała w dużej mierze z szacunku dla postawy reżysera. Ten wyrafinowany esteta celowo uciekał od wyjątkowości. Niby jego bohaterowie wciąż monologowali o Pascalu albo o Wolterze, ale przecież nawet intelektualista z ?Opowieści zimowej? był takim samym niedorajdą zagubionym w sieci życia, co niewysławiająca się zbyt poprawnie fryzjerka, którą desperacko adorował.
Pory roku, pory życia. Już rano, już wieczór. W filmach Érika Rohmera odnajdziemy wszystko, co istotne. Promyk prowincji, macierzyństwo
i ojcostwo, garden parties i zakupy. Jego filmowy świat zaludniały oddane przyjaciółki szukające miłości dla innych, ale zawsze trochę także dla siebie, ogrodnicy, kontrolerzy z gazowni, plażowicze. Dla Érika Rohmera nie miała znaczenia precyzyjnie napisana, wyważona historia. ?Detalista formy? szukał raczej stylu adekwatnego dla wizualizowanych emocji: czułości, zniechęcenia, miłości. W kinie Rohmera liczyły się uczucia. Nie ckliwość, w żadnym wypadku sentymentalizm ? tylko proste uczucia zawoalowane w gąszczu skomplikowanych niedomówień.     
Był wyjątkowym artystą. Na dobrą sprawą wciąż wierny założeniom ?Nowej Fali?, którą proklamował. Nie zdziwaczał, nie zdziczał, nie skabotyniał.
Dożył sędziwego wieku. Umierał spełniony. Rok temu obejrzałem jego ostatni film, pokazywaną na festiwalu w Wenecji w 2007 roku
? ?Miłość Astrei i Celadona? wed-ług bukolicznej powiastki Honoré d?Urfe?a. ?Astrea i Celadon? została przyjęta jak najgorzej: ?starcze zwidy?, ?impotencja? ? pisano z okrutną ironią. Tylko Tadeusz Sobolewski się poznał?
A przecież Rohmer doskonale wiedział, co robi. Solennie zaadaptował arkadyjską XVII-wieczną legendę o miłości pastuszków, zwinnej nimfie, magach i perwersyjnej naturze. Aktorzy grali w sposób przerysowany, kostiumy były nazbyt teatralne, panowała wieczna wiosna. Pomyślałem ? wywrotowa sprawa, nakręcić taki film dzisiaj, kiedy od każdego reżysera wymaga się przede wszystkim oryginalności skojarzeń i obrazów. Starzy chcą być młodzi (przykład Saury
i Wajdy), a starszaki pozują na postnowoczesną młodzież.
Rohmer był ponad tego typu wyścigi. Starzał się we własnym rytmie. Dlatego na pożegnanie z kinem nakręcił wzruszające filmowe bukoliki. Ostatnią taką sielankę. Gustowną, w dobrym smaku, rygorystyczną gatunkowo. To było zaproszenie do zapoznanego filmowego świata, którego bramy dawno temu zatrzaśnięto nam przed nosem. René Clair, Stroheim, Duvivier, teraz także Rohmer...     
W dniu śmierci Érika Rohmera dostałem esemesa od przyjaciółki. Akurat wracała z premiery ?Pociągu? Kawalerowicza (w nowej, odrestaurowanej kopii) i pisała do mnie z entuzjazmem: ?Siwe pasma we włosach Niemczyka, niezwykła twarz Winnickiej. Oni spali ze sobą??. Odpisałem, że nie wiem; że Rohmer (mi) umarł. Odpowiedź: ?To jest jakieś małe pocieszenie. Chłopak z Polski, którego nie znał, odczuwa jego śmierć jako stratę. To jest dowód dobrego życia?? Może, Kasiu, być może? Solidnie zapracował na nasz (mój) szacunek. Zostawił po sobie cykl arcydzielnych filmowych periodów, ?Opowieści
z morałem?, filmy o lecie, jesieni, zimie i wiośnie, które są w istocie filmami o wiecznej wiosennej bujności traw. Wewnątrz nas i na zewnątrz.

Łukasz Maciejewski