Marcin Wrona
Jego film na licznych festiwalach (m.in. w Koszalinie, Wrocławiu, Gdyni) podzielił publiczność. Jednych zachwyciła kreacja Eryka Lubosa, autentyczność i siła emocji, inni zarzucali autorowi ?Mojej krwi? niedojrzałość i szowinizm. Kto miał rację, warto od 29 stycznia ocenić samemu!


Ola Salwa: Po pokazach ?Mojej krwi? pojawiły się opinie, że twój film jest szowinistyczny, że to ?męska fantazja o uległej Azjatce?.
Marcin Wrona: Taki zarzut świadczy chyba o braku zrozumienia języka filmowego. Mam nadzieję, że za takimi komentarzami stoi tylko złośliwość, a nie głupota. To tak jakby filmy ?La Strada? czy ?Wściekły byk? nazwać szowinistycznymi, ?Urodzonych morderców? oskarżyć o promowanie przemocy, a film o Hitlerze nazwać reklamą faszyzmu. Bohater grany przez Eryka Lubosa przechodzi w filmie proces ponownych narodzin i przeżywa też własną śmierć, musi się skonfrontować z dawnym sobą ? żeby wyłuszczyć tym, którzy nie załapali treści ?Mojej krwi?, lub nie widzieli filmu w całości. Przecież właśnie o to chodzi, że Igor początkowo nie rozumie wartości, jakie daje mu związek z kobietą, potem dojrzewa i odkrywa inne emocje niż tylko agresja. Na szczęście nagrody, m.in. dla kreacji Eryka, pozwalają nam odetchnąć z ulgą, że ci, którzy wymyślili tego typu zarzuty, są pojedynczymi egzemplarzami i być może mają jakieś osobiste problemy w relacjach damsko-męskich. Wyrazy współczucia. Ja szczerze uwielbiam kobiety, to one mnie wychowały. Są święte, mimo że chodzą po ziemi.

OS: Mawiasz, że robiąc film, trzeba czerpać z własnych doświadczeń,
przyjrzeć się sobie, opowiedzieć o tym, a dopiero potem patrzeć na innych. Co to właściwie znaczy?
MW: Trzeba mieć dystans do samego siebie. Reżyser często chce za bardzo zdominować opowieść. Wtedy film może stać się hermetyczny. Trzeba umieć wydobyć z siebie to, co masz do powiedzenia, ale nie można totalnie narzucić swojego punktu widzenia. Sam często improwizuję na planie: rzucam aktorom temat sceny i patrzę, co zrobią, interesuje mnie, jak oni ją widzą. Czasami czuć, że reżyser robi film, żeby pokazać, jaki jest genialny.     

OS: Ty nie chcesz tego pokazać?
MW: Oczywiście, chcę (śmiech), ale trzeba znaleźć balans. Gdybym chciał tylko się pokazać, być może robiłbym filmy obliczone tylko na sukces komercyjny albo seriale, żeby szybko i łatwo zaistnieć. Fabuła wymaga większych przygotowań. Jestem niezależny finansowo i na razie robię to, co uważam za ciekawe, ale staram się też, żeby to było ciekawe dla innych. Pamiętam, że robiąc film dyplomowy ?Człowiek magnes?, miałem dużo wątpliwości, bo opowiadałem tam historię, która zdarzyła się mnie. Bardzo się bałem, że to będzie hermetyczna, psychologiczna wycieczka do dzieciństwa i próba rozliczenia się z nim. Okazało się, że ten temat jest uniwersalny ? relacja dziecka z ojcem, którą każdy rozumie. To dało mi odwagę, by mówić przez siebie, ale nie tylko o sobie.

OS: Rodzina to częsty temat w twojej twórczości.
MW: W pewnym momencie zauważyłem, że zamykam się w takiej szufladce, bo i ?Człowiek-magnes? i dwa z moich teatrów telewizji ? ?Skaza? i ?Pasożyt? ? są o relacjach w rodzinie, ludziach, którzy się ranią, nienawidzą i kochają. Jednak ?Moja krew? to nie film o brutalu, który wali po mordzie, ale o odkrywaniu uczuć.     

OS: Nie bałeś się, że widzowie twojego bohatera nie polubią? On przez pierwszą połowę filmu jest nieprzyjemnym dzikusem.
MW: Długo zastanawiałem się, jak tę postać ocieplić, chciałem dać Igorowi psa, albo pokazać, jak przeprowadza staruszkę przez pasy (śmiech). Ale pomyślałem, że nie warto o sympatię widzów straszliwie zabiegać, bo postać stanie się niewiarygodna. Zamiast tego walczyłem o zrozumienie dla Igora, dla sytuacji, w jakiej znalazł się ten człowiek.

OS: Twój bohater, który ma tylko boks i zaniedbał pozostałe sfery życia, kojarzy mi się z pracoholikami. Oni też poświęcili wszystko w imię pracy i kariery.
MW: To dodałem od siebie. Sam jestem skupiony na tym, co robię i nie widzę wielu rzeczy wokół. Jestem nastawiony na robienie filmów, chcę zostawić coś po sobie. Żeby za 20 lat ktoś mógł zobaczyć mój film.     

OS: Czujesz, że coś ci umyka?
MW: Dużo rzeczy mi umyka. Sam pomysł, że bohater w momencie kulminacyjnym chce przejść swoje życie na skróty, doświadczyć tego, co wszyscy inni ? mieć rodzinę, dziecko ? też wynika z moich doświadczeń. Myślę, że dzisiaj każdy ma podobny problem do rozwiązania. Każdy staje przed takim wyborem.
 
OS: Film jest dla ciebie rodzajem terapii?
MW: Coś takiego brzmi dla mnie podejrzanie, że robię filmy dla siebie.

OS: Bo może robisz?
MW: Dla siebie też, zapewne, bo praca to dla mnie też proces samopoznawania. Dzięki swoim filmom dowiaduję się czegoś o sobie. Nie wiem, czy to terapia, ale są tematy, o których w pewnym momencie życia muszę opowiedzieć. Tak było z ?Człowiekiem-magnesem?. Być może to był główny powód, dla którego zacząłem zajmować się kinem. Bo chciałem to z siebie wyrzucić. Gdy zrobiłem ten film, poczułem, że mogę zacząć nowy etap. Ale kino to świątynia widzów.            

Rozmawiała: Ola Salwa