Przed premierą filmu "Invictus"
?Invictusa? ? rzecz o prezydencie Mandeli ? wchodzącego na nasze ekrany 26 lutego warto zobaczyć, choćby po to, by dowiedzieć się, ile reżyser Clint Eastwood uprościł, zmienił i zafałszował


?W moim kraju ludzie idą najpierw do więzienia, a potem zostają prezydentami? ? zażartował kiedyś Nelson Mandela. Zdanie to sugestywnie streszcza jego życie, ale także obrazuje sprzeczności pomiędzy którymi było zawieszone zarówno ono, jak i losy całego kraju ? Republiki Południowej Afryki (RPA). Wspólnie musieli przejść solidną ?drogę ku wolności?. Dzięki temu również kino uzyskało kolejne wcielenie odwiecznej walki dobra ze złem.
W nowym filmie Clinta Eastwooda, ?Invictus?, pozornie mamy do czynienia z przezwyciężeniem tych napięć. Oglądamy Mandelę nie w więzieniu jako bojownika, ale jako świeżo wybranego, pierwszego czarnoskórego prezydenta RPA. Dla pełnego zrozumienia filmu istotne okazuje się jednak nie tylko to, co zawarte w fabule, ale również to, co zostało
z niej odsiane. W rezultacie Mandela, jako bohater popkulturowy, po raz kolejny ma spełnić określoną ideologiczną misję. ?Invictus? okazuje się zręcznie zrealizowanym utworem ? emocjonalnym, z sugestywną kreacją Morgana Freemana w roli tytułowej, z fascynującym pomysłem. Jednak dobry film nie zawsze oznacza ? wiarygodny.
Przede wszystkim, wyparowała gdzieś warstwa historycznej wiarygodności, cały kontekst tamtych wydarzeń zostaje sprowadzony do fabularnego pretekstu. Oto mamy lata 1994-1995. Narodowa drużyna rugby RPA, Springbok, przygotowuje się do Mistrzostw Świata w tej dyscyplinie, które mają się odbyć w ich kraju. Problem w tym, że drużyna nie dość, że nie najlepsza, to jeszcze znienawidzona przez czarnych mieszkańców. Zdominowana przez białych, dowodzi, że nawet w sporcie upiorne dogmaty apartheidu wyznaczały reguły gry. Jak się domyślamy od początku, nie chodzi więc tylko o to, żeby drużyna zwyciężała, ale by zwyciężył cały naród we wspólnym pojednaniu. To był wówczas prawdziwy społeczny eksperyment, a jego powodzenie można traktować raczej w kategoriach cudu niż czegoś oczywistego.
Tymczasem oglądając film, można odnieść wrażenie, że wszystko to dokonało się dzięki rugby. To ciekawy koncept dla filmowca, ale w praktyce mocno naciągany. Zabrakło perspektywy zwykłych czarnych mieszkańców, którzy znowu zostali sprowadzeni do roli kolorowego tła, biernych obserwatorów radujących się kolejnymi wygranymi, gdy tymczasem ich najważniejsze potrzeby ? ekonomiczne ? zostały całkowicie pominięte. Podglądamy za to wnikliwie białą familię kapitana drużyny rugby, Fran?oisa Pienaara, który obawia się, że straci pracę i będzie dyskryminowany.
Według ówczesnych raportów agendy ONZ, UNDP, badającej poziom życia obywateli różnych państw, w połowie lat 90., gdyby zajmować się tylko białymi, RPA plasowało się na stosunkowo dobrej, 24 pozycji na świecie. Biorąc jednak pod uwagę kilkadziesiąt milionów czarnych mieszkańców, poziom zamożności kraju lokował się od razu w drugiej setce. Jak wówczas twierdzono, czarni dostali demokrację, a więc władzę polityczną, ale biali utrzymali władzę realną, gospodarczą. Ale tego wszystkiego w filmie nie pokazuje się nawet pośrednio.
Podobnie sprawa wyglądała z tzw. pojednaniem. To słowo-klucz filmu, ale i tu wydaje się, że wystarczyło zrozumienie w sporcie, by wykonać całą robotę. Mandela dokonał wielkiego czynu w symbolicznym pojednaniu mieszkańców, a wydarzenia, o których opowiada film, były rzeczywiście niezwykle istotne. Jednakże główne zadania wykonała specjalna Komisja Prawdy i Pojednania, której przewodził inny południowoafrykański noblista pokojowy, arcybiskup Desmond Tutu, co było zresztą genialnym pomysłem prezydenta. Sama Komisja nie miała być narzędziem rewanżyzmu, ale miała wyjaśnić wszelkie przypadki łamania prawa zarówno przez białych, jak i przez czarnych.
W filmie oglądamy np. scenę, jak Mandela uzupełnia swoją ochronę o białych. Podkreśla, że tęczowy naród trzeba budować od góry. Tylko, że ta wymiana bez kontekstu ma nieco papierowy charakter. Podobnie jak to, że na finałowy mecz prezydent przyszedł
w koszulce sportowej. Fajnie się na to patrzy, zwłaszcza że Mandela nie robił tego z powodów piarowych, ale niestety rzeczywistość jest bardziej złożona. Oglądając film, można jednak odnieść wrażenie, że przez dwa pierwsze lata swojej prezydentury zajmował się wyłącznie rugby i ustalaniem strategii odnowienia drużyny. A tymczasem podejmował on także wiele innych inicjatyw. Dodajmy, nie zawsze udanych, jak mediacja podczas konfliktu w Nigerii. Również w kraju wielu go szanowało, ale widziano w nim bardziej symbol niż rzeczywiście skutecznego prezydenta.
Tym samym film stanowi nie tyle przyczynek do biografii Mandeli, co raczej jego hagiografię. To człowiek-pomnik, żywy ideał. Skromny, postępowy, dowcipny? W  rzeczywistości był również bardzo staroświecki i konserwatywny. Z jednej strony żarliwy demokrata, który potrafił w porę odejść na polityczną emeryturę, z drugiej zarzucano mu autokratyzm na własnym dworze politycznym, swojego następcę w partii (i w państwie) zaś wyznaczył niemal zgodnie z regułami dziedzicznej dynastii. Był wielkim autorytetem, potrafiącym opanować niezadowolone tłumy, które mogły sparaliżować proces demokratyzacji po zamordowaniu jednego z kongresowych liderów w 1993 roku, Chrisa Haniego. Ale boleśnie przekonywał się, że siła jego symbolu może nie wystarczyć w zderzeniu z nową rzeczywistością, kiedy czarni demonstranci strajkujący przeciwko swojej fatalnej sytuacji społeczno-ekonomicznej nie chcieli się rozejść ? mimo jego usilnych  wezwań.
Mandela uchodzi też za afrykańską siłę spokoju. Otwarty, koncyliacyjny i pokojowo nastawiony do rozmówcy. Takim pokazuje go też film. Ale potrafił się także otwarcie sprzeciwić, a nawet pokłócić. Kiedy odbierał Pokojową Nagrodę Nobla wraz z ówczesnym prezydentem RPA Frederikiem Willemem de Klerkiem, zauważono, że pomimo wielu godzin negocjacji panowie zachowują wobec siebie pewną rezerwę. Okazało się, że w pewnym momencie zerwali kontakty osobiste, a dialog prowadzili wyłącznie korespondencyjnie i przez współpracowników, którzy wypracowali ostateczny kształt porozumienia.     
?Invictus? nie tyle więc stara się opowiedzieć o prezydencie Mandeli i jego rządach, ale po raz kolejny opisać go za pomocą naszych zachodnich kodów. Demokrata Mandela ma w dużej mierze podkreślać również nasze dobre samopoczucie, że demokracja liberalna jest najlepszym remedium na problemy społeczno-polityczne. A to z kolei ma wyrażać uniwersalizm naszych instytucji.
Clint Eastwood żywi nas więc dobrze znanymi tezami ideologicznymi amerykańskiego kina, założeniami o wielkiej karierze ?od pucybuta do milionera?, która dzięki krzewieniu zachodnich (a konkretniej ? amerykańskich) wartości wszędzie jest możliwa. Na dodatek przebija z tego na wskroś amerykański indywidualizm. Oglądając wszelkie filmy o Mandeli, można odnieść wrażenie, że to on w pojedynkę pokonał rasizm i doprowadził do pojednania, a inni działacze stanowili co najwyżej ozdobnik. Tymczasem Mandela był jednym z przynajmniej kilkunastu najważniejszych postaci całego ruchu. I chociaż od zawsze kojarzymy go ze sprawą walki o prawa czarnej większości w RPA, to jednak nie pamiętamy, że tak naprawdę dopiero w latach 80. stał się naprawdę sławny na Zachodzie, gdzie demonstrowano w sprawie jego uwolnienia. W rzeczywistości jego wpływ na sprawy praktyczne przez wiele lat był o wiele mniejszy niż chociażby jego przyjaciela Olivera Tambo, który sprawował kierownictwo w Afrykańskim Kongresie Narodowym w czasach, gdy Mandela odsiadywał wyrok więzienia. Nawet on sam zdaje się rozumieć te prawidłowości. ?Chcę być wspominany jako część kolektywu? ? stwierdza.   
Czy wszystkie te odczarowujące fakty ujmują coś Mandeli? Absolutnie nie. Wręcz przeciwnie, zyskuje na realności. Nikt nie zabierze mu tego, że był prawdziwym przywódcą, bo potrafił organizować cele i motywacje ludzi, narzucać im wizję, z którą jego zwolennicy się identyfikowali. Wywodził się wszak z rodu królewskiego, a na jego naturalne predyspozycje do kierowania wskazywało już oryginalne imię ? Rolihlahla, czyli ten, kto sprawia kłopoty, mąciciel. W przypadku przywództwa, istotne są jednak nie tylko charyzma i magnetyzm, ale także przyczyny sytuacyjne, kulturowe, prawne, a także relacje przywódcy ze stronnikami. ?Invictus? pomija te różne aspekty, idzie ponad sprzecznościami, zapełnia szczeliny, wyrzuca to, co nie pasuje do z góry ustalonej tezy o natchnionej walce dobra ze złem. Dlatego jest właśnie filmem ideologicznym, bo sprzedaje nam zamkniętą, spójną wizję, która na pewno broni się filmowo, ale nie poznawczo.

Kamil Minkner